
Sobota 11 Września 2010 roku. 254 dzień roku; do końca roku pozostało --112 dni. ; imieniny: Jacek, Feliks, Prot
Jest godzina: 3:06:28am. | ||||||||
![]() |
Wycieczki rowerowe
Na tej stronie prezentuję moje wycieczki rowerowe.
Ten szalony pomysł wpadł mi do głowy gdzieś w marcu 2004 roku. A co
tam – pomyślałem sobie, ludzie jeżdżą dookoła Australii, w Alpy i
cholera wie gdzie jeszcze a ja nie mogę? Przypomniała mi się jeszcze
opowieść moich dobrych znajomych z Płocka, którzy zaraz po odwilży
politycznej w 1990 lub 1991 roku pojechali na starych rowerach
szosowych w Alpy włoskie i nawet na tych rowerach wrócili.
Wyjechałem z Wrocławia o 7.00 w niedzielę, po kilkunastu minutach
wiązania sakw i układania gratów, udało mi się dostać na trasę
strzelińską. Była piękną pogoda, wiał lekki wietrzyk, świeciło
słonko, na drodze było bardzo niewiele samochodów. Pierwszy
przystanek zrobiłem sobie na 30 km za Strzelinem. Trochę wody, jakiś
snickers i na rower. Po drodze spotkałem innego rowerzystę i miło
sobie rozmawiając dojechaliśmy do Henrykowa. Tam zrobiłem sobie
dłuższy postój na śniadanko, przy okazji podziwiając piękny klasztor
i kościół. Dalej droga była bardzo fajna, lekkie górki, mały ruch.
Na 93 km wyrosła przede mną granica polsko-czeska. 5 km za granicą
zatrzymałem się w Javorniku na obiadek, pora była odpowiednia, w
końcu jechałem tam jakieś 5,5 do 6 godzin. Pyszny obiadek, godzinka
odpoczynku i w drogę. W tym miejscu zaczęły się schody... nie, nie
dosłownie, po prostu coraz większe góry, coraz dłuższe podjazdy i
zjazdy. Około 5 po południu zaczął padać deszcz, teraz już czasem
szedłem z rowerem pod górę, tempo spadło do kilkunastu km na
godzinę.
Obudziłem się około 6.00. Jeszcze nie byłem taki obolały,
najbardziej martwiło mnie kolanko, które trochę spuchło, ale po
obwiązaniu go bandażem elastycznym, jakoś dało się jechać. Tego dnia
trochę powydawałem kasy, na kartę telefoniczną, śniadanie, zakupy na
drogę, wodę. Po wyjechaniu na trasę, zaraz na krzyżówce z drogą,
którą miałem jechać, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Był
poniedziałkowy poranek, Czesi zaczynali dzień pracy, lipiec, po
deszczu unosiła się mgiełka, och jak wspaniale smakowała mi tam kawa
z automatu! Trzeba było jednak jechać dalej. Przejechałem
kilkadziesiąt km po tych górach i niestety musiałem jeszcze raz
przemyśleć swoje plany. Albo miałem za dużo bagażu, albo nie ten
rower, albo nie ta kondycja, albo wszystko na raz. Po drodze
zauważyłem znak turystyczny, wskazujący, że nie daleko są jakieś
wodospady, a co mi tam, pomyślałem. Zatrzymałem się przy gospodzie
zaraz koło szlaku, wypiłem czarnego kozła i zszedłem ze swoim
„białym rumakiem” te kilkaset metrów w dół po ostro zakręconym
szlaku do wodospadów.
Tego ranka znów obudził mnie deszcz. Znów wstałem około 6 rano i po
zjedzeniu śniadanka – ruszyłem w trasę. Niestety, moje przewidywania
co do kolana, nie były trafne. Zamiast mniej boleć, bolało bardziej.
Ale ile mogłem tyle jeszcze jechałem. Muszę przyznać, że Morawy są
naprawdę piękne. Również ludzie, którzy tam mieszkają byli bardzo
mili i sympatyczni. Przejeżdżając przez jedna wieś, miałem okazję
posłuchać morawskich pieśni ludowych na całej długości wioski! Czy
ktoś jeszcze pamięta głośniki na słupach wysokiego napięcia i
lampach ulicznych? Tak, Czesi je mają i korzystają z nich również w
celach rozrywkowych. Pogoda się trochę poprawiła, ale byłem bardzo
szczęśliwy, że wziąłem na drogę gruby polar, bo w tych górach to
jednak troszkę wiało.
Tego dnia zwiedzałem sobie Pilzno. Zachowało się tam sporo pięknych
kościołów, synagog, kamienic i browar oczywiście Najwięcej chyba
osób kojarzy Pilzno właśnie z tym. Dla mnie Pilzno zawsze będzie się
kojarzyć z zagubieniem...
Po stoczeniu wewnętrznej walki i dokładnej analizie wszystkich za i
przeciw, stwierdziłem, że nie ma sensu dalej jeździć po
kilkadziesiąt km rowerem i odpoczywać po pół dnia w pociągach i na
kempingach. Wracam do Polski. Wsiadłem do Pociągu, który zawiózł
mnie przez Pragę do prawie samej granicy polsko-czeskiej. Miałem za
zadanie przeprawić się przez Karkonosze i dojechać do Szklarskiej
Poręby. W pociągu poznałem jedną czeska rowerzystkę. Sporo sobie
poopowiadaliśmy o naszych przygodach w Czechach i Polsce, chociaż
tutaj to ja raczej przy niej wysiadałem. Ta kobieta pomimo ciężkiego
wypadku rowerowego w Alpach (złamane biodro, noga, wyciąg, kilku
miesięczne leczenie), mając prawie lat 40 wybierała się pod
niemiecką granicę na zjazd rowerowy Czechów i Niemców. Później,
jeszcze w sierpniu, ponownie wyruszała w Alpy na rowerze.
Opowiadała, że po pracy w fabryce, po takim zwykłem mieszczańskim
życiu, właśnie w wycieczkach rowerowych odnalazła swoje największe
hobby. Jak na swoje lata, była naprawdę nieźle wysportowana.
Postanowiłem, że pomimo dokuczającego mi kolana i zmęczenia będę
dzisiaj we Wrocławiu. Wstałem rano, coś zjadłem i około 7-ej
wyruszyłem na trasę. I znowu tak jak Polskę opuszczałem z ładną
pogodą, tak tego dnia też było pięknie na rower. Jechałem przez
jelenią Górę, Dziwiszów, Świerzawę, Jawor. Zatrzymywałem się na
posiłki gdzieś w polu, co kilkanaście km popijałem sobie wodę i
jakoś tak fajnie mi się nawet jechało. Po przekroczeniu wrocławskiej
autostrady, w okolicach Środy Śląskiej, miałem już czystą trasę do
Świętej Katarzyny i do Wrocławia. Okazało się, że największym moim
problemem nie jest zmęczenie, bolące kolano, czy pragnienie – ale
muszki.
W sumie przejechałem na rowerze 538 km, natomiast pociągiem 695 km.
Razem było to 1233 km. Gdyby nie kontuzja, te proporcje byłyby inne.
W każdym razie, jeśli ktoś chciałby się wybrać w podobna podróż
samemu – gorąco polecam. Można poznać wspaniałych ludzi, dobrze
poznać kraj przez który się pedałuje, poznać siebie, wyciszyć się.
Najlepiej też wziąć jak najmniej gratów, jak najlżejszy rower, kiedy
jeździmy przez góry – zdecydowanie polecam rower górski, lub
turystyczny zaopatrzony w co najmniej 18 przerzutek. Chcąc
zaoszczędzić na noclegach można wziąć namiot, jednak będziemy mieli
dodatkowy bagaż, co na pewno odczujemy na własnej skórze. Trochę
lepiej jest też jeździć w sierpniu niż w lipcu, niewielki deszczyk
nic nam nie zrobi a noce są cieplejsze.
Tekst i zdjęcia w przygotowaniu |
Od 01.01.2003 strona wyświetlana 66189 razy Kalendarium 2007-11-29 Wczoraj około godziny 17.00 licznik wejść na stronę przekroczył 50.000! W styczniu miną 4 lata odkąd ta strona www jest widoczna w sieci. Również od nowego roku przygotowuję dla strony nowy design, pozdrawiam Marcin. |
||||||