Wiersze Fraszki Muzyka Humor Sennik studencki Sznurki Galeria Foto O Autorze

Sobota 11 Września 2010 roku. 254 dzień roku; do końca roku pozostało --112 dni. ; imieniny: Jacek, Feliks, Prot Jest godzina: 3:06:28am.

KSIĘGA GOŚCI
ZOBACZ WPISY
PHP
Wycieczki rowerowe

Wersja do wydruku


Wycieczki rowerowe

Na tej stronie prezentuję moje wycieczki rowerowe.

  • Czechy 2004 -- relacja z wycieczki dookoła Czech, dokonanej przeze mnie w lipcu 2004 r.
  • Łagiewniki 2005-- relacja wycieczki z Wrocławia do Łagiewnik, sierpień 2005 r.

  • Wstęp.
  • Ten szalony pomysł wpadł mi do głowy gdzieś w marcu 2004 roku. A co tam – pomyślałem sobie, ludzie jeżdżą dookoła Australii, w Alpy i cholera wie gdzie jeszcze a ja nie mogę? Przypomniała mi się jeszcze opowieść moich dobrych znajomych z Płocka, którzy zaraz po odwilży politycznej w 1990 lub 1991 roku pojechali na starych rowerach szosowych w Alpy włoskie i nawet na tych rowerach wrócili.
    W każdym razie zakupiłem sakwy, przygotowałem rower, wziąłem ze sobą trochę narzędzi, dętki, pompkę oraz trochę ciuchów, namiot, śpiwór, jakieś jedzenie. Postanowiłem być samowystarczalny. Przed tym wyjazdem nigdy sam na żadne dłuższe niż 50-kilometrowe wyjazdy nie wyruszałem.
    No to w drogę!

  • Pierwszy dzień
  • Wyjechałem z Wrocławia o 7.00 w niedzielę, po kilkunastu minutach wiązania sakw i układania gratów, udało mi się dostać na trasę strzelińską. Była piękną pogoda, wiał lekki wietrzyk, świeciło słonko, na drodze było bardzo niewiele samochodów. Pierwszy przystanek zrobiłem sobie na 30 km za Strzelinem. Trochę wody, jakiś snickers i na rower. Po drodze spotkałem innego rowerzystę i miło sobie rozmawiając dojechaliśmy do Henrykowa. Tam zrobiłem sobie dłuższy postój na śniadanko, przy okazji podziwiając piękny klasztor i kościół. Dalej droga była bardzo fajna, lekkie górki, mały ruch. Na 93 km wyrosła przede mną granica polsko-czeska. 5 km za granicą zatrzymałem się w Javorniku na obiadek, pora była odpowiednia, w końcu jechałem tam jakieś 5,5 do 6 godzin. Pyszny obiadek, godzinka odpoczynku i w drogę. W tym miejscu zaczęły się schody... nie, nie dosłownie, po prostu coraz większe góry, coraz dłuższe podjazdy i zjazdy. Około 5 po południu zaczął padać deszcz, teraz już czasem szedłem z rowerem pod górę, tempo spadło do kilkunastu km na godzinę. Podjeżdżając pod kolejne wzniesienie zacząłem odczuwać ból w prawym kolanie. Najpierw lekki, później coraz bardziej dokuczający. Jasne stało się, że ni zrobię w tym dniu 176 km i nie dojadę do zaplanowanego kempingu. Tu przyszedł mi z pomocą sam Pan. Zjeżdżając ze sporego wzniesienia, 51 km/h w deszczu, dojrzałem znak informujący o niedalekim kempingu. Około 20.00 dojechałem do Vrbna nad Pradem. Miałem tylko siłę na rozłożenie namiotu, zjedzenie czegoś ciepłego na kolację, popicie tego piwkiem i położenie się spać.
    Przejechałem tego dnia 156 km.

  • Drugi dzień
  • Obudziłem się około 6.00. Jeszcze nie byłem taki obolały, najbardziej martwiło mnie kolanko, które trochę spuchło, ale po obwiązaniu go bandażem elastycznym, jakoś dało się jechać. Tego dnia trochę powydawałem kasy, na kartę telefoniczną, śniadanie, zakupy na drogę, wodę. Po wyjechaniu na trasę, zaraz na krzyżówce z drogą, którą miałem jechać, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Był poniedziałkowy poranek, Czesi zaczynali dzień pracy, lipiec, po deszczu unosiła się mgiełka, och jak wspaniale smakowała mi tam kawa z automatu! Trzeba było jednak jechać dalej. Przejechałem kilkadziesiąt km po tych górach i niestety musiałem jeszcze raz przemyśleć swoje plany. Albo miałem za dużo bagażu, albo nie ten rower, albo nie ta kondycja, albo wszystko na raz. Po drodze zauważyłem znak turystyczny, wskazujący, że nie daleko są jakieś wodospady, a co mi tam, pomyślałem. Zatrzymałem się przy gospodzie zaraz koło szlaku, wypiłem czarnego kozła i zszedłem ze swoim „białym rumakiem” te kilkaset metrów w dół po ostro zakręconym szlaku do wodospadów. I tu niestety muszę powiedzieć, że mocno się zawiodłem, był sobie mały strumyk i coś co w dużym uproszczeniu można nazwać wodospadem. Dawno się tak nie zagotowałem, tym bardziej, że było jakieś 30 stopni w cieniu. Na szczęście znalazłem mało uczęszczaną trasę, która pozwoliła mi nie tylko wyjechać z tych „wodospadowych” atrakcji – ale również skróciła mi drogę do kolejnego miasteczka o kilka km.
    Po przejechaniu 62 km po Morawach – stwierdziłem, że dalej męczył się nie będę i przejadę kawałek trasy pociągiem. Tak dojechałem do Brna. Tam po wyjściu z pociągu i zrobieniu zakupów w markecie, wyjechałem z miasta w kierunku kempingu. Była już ciemna noc gdy dotarłem na ten kemping zaraz przy autostradzie. Od razu zamówiłem od szefa kempingu dwa kufle zimnego piwa. Przy konsumpcji dosiadł się do mnie pewien starszy Czech, pogadaliśmy sobie o tym i owym, pośmialiśmy się razem, i gdzieś koło północy właściciel kazał nam się zbierać. Nieznajomy pokazał mi jeszcze miejsce, gdzie najlepiej się rozbić z namiotem i poszedł. Zmęczony jak koń po westernie – położyłem się spać.
    W tym dniu nakręciłem 102 km.

  • Trzeci dzień
  • Tego ranka znów obudził mnie deszcz. Znów wstałem około 6 rano i po zjedzeniu śniadanka – ruszyłem w trasę. Niestety, moje przewidywania co do kolana, nie były trafne. Zamiast mniej boleć, bolało bardziej. Ale ile mogłem tyle jeszcze jechałem. Muszę przyznać, że Morawy są naprawdę piękne. Również ludzie, którzy tam mieszkają byli bardzo mili i sympatyczni. Przejeżdżając przez jedna wieś, miałem okazję posłuchać morawskich pieśni ludowych na całej długości wioski! Czy ktoś jeszcze pamięta głośniki na słupach wysokiego napięcia i lampach ulicznych? Tak, Czesi je mają i korzystają z nich również w celach rozrywkowych. Pogoda się trochę poprawiła, ale byłem bardzo szczęśliwy, że wziąłem na drogę gruby polar, bo w tych górach to jednak troszkę wiało. Po 55 km dojechałem do miejscowości Ostenda, a tam wsiadłem w pociąg do Pilzna. Wieczorem znalazłem się w Pilźnie. Odnalazłem na mapie całkiem przyjemny kemping nad jeziorem, niedaleko centrum i po jakiś 2 godzinach błądzenia po ciemnych pilzneńskich uliczkach – udało mi się tam dotrzeć. Postanowiłem, że zrobię tu sobie jeden dzień przerwy.
    Miałem za sobą kolejne 55 km.

  • Czwarty dzień
  • Tego dnia zwiedzałem sobie Pilzno. Zachowało się tam sporo pięknych kościołów, synagog, kamienic i browar oczywiście  Najwięcej chyba osób kojarzy Pilzno właśnie z tym. Dla mnie Pilzno zawsze będzie się kojarzyć z zagubieniem... Tak, straciłem masę godzin na zawracanie nie z tej trasy co trzeba, jeżdżenie na nie ten kemping, na domiar złego, jakoś nikt nie był mi w stanie pokazać najkrótszej trasy z miejsca A do miejsca B. Nic to, kupiłem sobie bilet na pociąg, podjadłem troszkę i przygotowałem się do jazdy kolejnego dnia. Zdecydowanie bardziej podobało mi się jednak na czeskich drogach niż w czeskich miastach. Wcześnie poszedłem spać, bo następnego dnia czekało mnie spore wyzwanie.
    Stan licznika powiększył się o 40 km.

  • Piąty dzień
  • Po stoczeniu wewnętrznej walki i dokładnej analizie wszystkich za i przeciw, stwierdziłem, że nie ma sensu dalej jeździć po kilkadziesiąt km rowerem i odpoczywać po pół dnia w pociągach i na kempingach. Wracam do Polski. Wsiadłem do Pociągu, który zawiózł mnie przez Pragę do prawie samej granicy polsko-czeskiej. Miałem za zadanie przeprawić się przez Karkonosze i dojechać do Szklarskiej Poręby. W pociągu poznałem jedną czeska rowerzystkę. Sporo sobie poopowiadaliśmy o naszych przygodach w Czechach i Polsce, chociaż tutaj to ja raczej przy niej wysiadałem. Ta kobieta pomimo ciężkiego wypadku rowerowego w Alpach (złamane biodro, noga, wyciąg, kilku miesięczne leczenie), mając prawie lat 40 wybierała się pod niemiecką granicę na zjazd rowerowy Czechów i Niemców. Później, jeszcze w sierpniu, ponownie wyruszała w Alpy na rowerze. Opowiadała, że po pracy w fabryce, po takim zwykłem mieszczańskim życiu, właśnie w wycieczkach rowerowych odnalazła swoje największe hobby. Jak na swoje lata, była naprawdę nieźle wysportowana. Z pociągu wysiadłem w Tanvaldzie. Musiałem kierować się drogą na Jakuszyce. Przedtem jednak urwały mi się paski podtrzymujące sakwy. Naprawiłem to cholerstwo i wszedłem do baru wydać ostatnie korony. Jakież było moje zdumienie, kiedy po odpowiedzi na pytanie barmana, skąd przychodzę, roześmiani Czesi postawili mi ekstra piwko i życzyli dalszej szczęśliwej drogi. Przekonałem się po raz kolejny, że w drodze zdarzają się człowiekowi najróżniejsze przygody.
    Te 39 km przez Karkonosze, to była piekielna mordęga. Przez kilka godzin zmagałem się najpierw z własnym kolanem, a później z deszczem i wiatrem. Do znajomego w Szklarskiej Porębie dotarłem około 18-tej. Obiadek, prysznic i spać. Z powrotem w Polsce.
    Za sobą miałem kolejne 39 km.

  • Szósty dzień
  • Postanowiłem, że pomimo dokuczającego mi kolana i zmęczenia będę dzisiaj we Wrocławiu. Wstałem rano, coś zjadłem i około 7-ej wyruszyłem na trasę. I znowu tak jak Polskę opuszczałem z ładną pogodą, tak tego dnia też było pięknie na rower. Jechałem przez jelenią Górę, Dziwiszów, Świerzawę, Jawor. Zatrzymywałem się na posiłki gdzieś w polu, co kilkanaście km popijałem sobie wodę i jakoś tak fajnie mi się nawet jechało. Po przekroczeniu wrocławskiej autostrady, w okolicach Środy Śląskiej, miałem już czystą trasę do Świętej Katarzyny i do Wrocławia. Okazało się, że największym moim problemem nie jest zmęczenie, bolące kolano, czy pragnienie – ale muszki.
    Było ich na polach i drogach cale miliony, jadąc rowerem czułem, że dostają się one do ust, nosa, oczu, pod koszulkę, w uszy i sam nie wiem gdzie jeszcze. Jeśli ktoś kiedyś na nie trafił – wie o czym mówię.
    W każdym razie po ciężkim boju z muszkami i zmęczeniem, przy padającym deszczu – wreszcie ujrzałem upragniona tabliczkę – WROCŁAW. Przejechanie tych kilku km przez miasto i dojechanie pod klatkę schodową, to już była betka. W domu byłem około 19-tej. Tutaj czekała na mnie Monika, gorąca kąpiel, moja ulubiona pomidorówka i wygodny fotelik.
    Dla kogoś kto spędził kilka dni na siodełku rowerowym, samotnie jeżdżąc po drogach, były to najbardziej upragnione nagrody.
    Dzień zakończyłem po przejechaniu 146 km.

  • Zakończenie
  • W sumie przejechałem na rowerze 538 km, natomiast pociągiem 695 km. Razem było to 1233 km. Gdyby nie kontuzja, te proporcje byłyby inne. W każdym razie, jeśli ktoś chciałby się wybrać w podobna podróż samemu – gorąco polecam. Można poznać wspaniałych ludzi, dobrze poznać kraj przez który się pedałuje, poznać siebie, wyciszyć się. Najlepiej też wziąć jak najmniej gratów, jak najlżejszy rower, kiedy jeździmy przez góry – zdecydowanie polecam rower górski, lub turystyczny zaopatrzony w co najmniej 18 przerzutek. Chcąc zaoszczędzić na noclegach można wziąć namiot, jednak będziemy mieli dodatkowy bagaż, co na pewno odczujemy na własnej skórze. Trochę lepiej jest też jeździć w sierpniu niż w lipcu, niewielki deszczyk nic nam nie zrobi a noce są cieplejsze.
    Pozdrawiam zapalonych cyklistów i do zobaczenia na trasie.

Foto Galeria


Zobacz »


Od 01.01.2003 strona wyświetlana 66189 razy
Kalendarium

2007-11-29 Wczoraj około godziny 17.00 licznik wejść na stronę przekroczył 50.000! W styczniu miną 4 lata odkąd ta strona www jest widoczna w sieci. Również od nowego roku przygotowuję dla strony nowy design, pozdrawiam Marcin.
2006-11-08 Po lekkich zmianach (głupie komentarze w galerii foto) zmieniłem skrypt galerii i dodałem kolejny wiersz
2005-12-09 Dziś dopisałem dwie nowe fraszki (pisane na kolanie :) i nowy dział - Wycieczki rowerowe
2005-10-01 Jakiś czas temu dodałem parę wierszy i fraszek, dodałem stronkę o PHP i dziś włączyłem nową galerię zdjęć :)
2003-10-02 Po długiej przerwie dodałem tutaj kilka nowych fraszek i wierszy, oraz link do strony z Galerią Fotografii.
2003-10-28 Znowu kilka nowych fraszek i wierszy + kosmetyka wyglądu strony.
2003-11-07 Lekka zmiana wyglądu strony i dodana funkcja wysyłania e-mailem utworu do kogoś na skrzynkę ;), inny sposób wyświetlania utworów. Dodatkowo jeszcze kilka fraszek i wierszy.
2003-11-21 Uaktualniłem dział Sznurki. Wkrótce spore zmiany ;)
2003-11-28 Na stronie pojawił się Sennik Babiloński. Fragmenty prezentowane są w dziale "Sennik studencki".
2003-12-05 Zmieniłem trochę galerię zdjęć i dodałem przy okazji nowe fotki.
2003-12-10 Dodałem nową pozycję w menu - Media. Czyli trochę muzyki na koniec roku.
2004-02-03 Po wielu perypetiach w końcu znalazłem firmę hostingową i stronka działa normalnie.
2004-03-24 Jest już nowa wersja strony!. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Oprócz tego kilka nowych fotek i trochę inny humor - jaki - przekonajcie się sami.
2004-04-19 Dopisałem kilka fraszek. Ostatnio mam coraz mniej czasu, ale coś się może zmieni... :)

© –Marcin Jaworski